One more day

“One more day to revolution, we will nip it in the bud!” – śpiewał diaboliczny Javert w “Nędznikach” (zachodzę w głowę, żeby przypomnieć sobie polską wersję w wykonaniu Andrzeja Śledzia, najlepszego Javerta z możliwych, ale nic z tego, zbyt dawno to było), ja zaś mam nadzieję, że nikt w zarodku nie zdusi naszej małej odzieżowej rewolucji. Jutro odpalamy w pełni funkcjonalny sklep internetowy z koszulkami, trochę to wszystko trwało, zanim wszystko z Magdą dograliśmy, ale wygląda na to, że w końcu się uda. Koszulki są gotowe do wysyłki, można je już jutro będzie zobaczyć bardziej szczegółowo – świetną sesję zdjęciową zrobił Marcin Jędrysiak, i jakkolwiek na zdjęciach widać je tylko na modelce, to zapraszamy do kupowania również facetów, ponieważ większość modeli to unisex. No więc – już jutro zapraszam na panzerstar.com!

onemoreday.jpg

Cieszynka w Cieszynie

Mam ja jakąś słabość do tego miasta. Po pierwsze to wrota do Republiki Czeskiej, ojczyzny Budvara, i już z tego względu zasługuje na uwagę. Po drugie, w samym Cieszynie produkowane jest Brackie, które w porównaniu z większością korporacyjnych polskich piw jest jak łyk tlenu na Marsie. Po trzecie samo miasto jest śliczne, nieprzeorane Gierkiem czy Gomułką, tu i ówdzie ładnie wyremontowane, no i po czwarte znajduje się tu coś, czego nie ma w Krakowie, mianowicie Śląski Zamek Sztuki Przedsiębiorczości. Tym razem pojechaliśmy z Magdą oraz naszymi przyjaciółmi na wystawę najlepszych polskich dyplomów ASP. Niektóre były fajne, niektóre mniej, ale przy okazji połaziliśmy po zaułkach wyludnionego miasta w niedzielną pluchę, a naszą odyseję zwieńczyliśmy obiadem w restauracji “Targowa”, która, zapewne z racji bliskości Czech, spełnia marzenie o doskonałej słowiańskiej kuchni: jest tłusto, wyśmienicie i tanio.

cieszyn.jpg

Hugh Laurie, Sprzedawca broni

Świat jest mały, a już Kraków to na pewno. Kiedy dostałem zlecenie od W.A.B. na okładkę nieco przewrotnego thrillera i poprosiłem o tekst, redakcja odesłała mnie do tłumacza, którym był nie kto inny, jak Jacek Konieczny. W ten sposób spotkaliśmy się po latach w zupełnie nowych okolicznościach – ostatnim razem ja siedziałem w redakcji prozy zagranicznej Znaku, a Jacek przynosił mi recenzje rozmaitych zamawianych przeze mnie tytułów. Czas płynie, i teraz on jest tłumaczem, a ja – grafikiem. Hugh Laurie to podobno jakiś znany brytyjski aktor, ja go kompletnie nie kojarzę. Napisał jednak całkiem zabawny i leciutki thrillerek, w którym pewien twardziel wpada w sam środek afery związanej z handlem bronią. Pomyślałem, że gdyby handlarze bronią z górnej półki mieli taką możliwość, to w swoich salonach na pewno pakowaliby zakupy w moro i przewiązywali ozdobną wstążką. Obok okładki – strona tytułowa.

gunseller.jpg

Gordon Freeman odchodzi w cień

Pierwszy dzień nowego roku spędziliśmy z Magdą grając z naszymi przyjaciółmi Malwą i Romanem w “Osadników z Catanu”. Skompletowaliśmy już wszystkie dodatki, więc czasu pochłania to niemiłosiernie dużo, trzy rozgrywki zeżarły nam osiem godzin, raz nawet udało mi się wygrać. W sumie fajnie – po wielu latach solipsystycznych rozrywek typu “Half-life”, “Civilization” itd. miło w końcu wrócić do jakiegoś bardziej stadnego modelu spędzania wolnego czasu. Pewnie tak to kiedyś wyglądało: ludzie zbierali się na brydża czy wista, ale rozgrywka była tylko pretekstem dla rozmaitych meandrów życia towarzyskiego (np. gry stóp pod stołem, obserwowanej przez małego Oskara w Blaszanym bębenku). Pod stołem czy nad stołem – mam nadzieję, że w 2008 roku życie towarzyskie będzie kwitło, bo kto przy nas będzie w dobrych i złych chwilach? Przecież nie Gordon Freeman z laboratorium Black Mesa.

catan.jpg