Gordon Freeman odchodzi w cień

Pierwszy dzień nowego roku spędziliśmy z Magdą grając z naszymi przyjaciółmi Malwą i Romanem w “Osadników z Catanu”. Skompletowaliśmy już wszystkie dodatki, więc czasu pochłania to niemiłosiernie dużo, trzy rozgrywki zeżarły nam osiem godzin, raz nawet udało mi się wygrać. W sumie fajnie – po wielu latach solipsystycznych rozrywek typu “Half-life”, “Civilization” itd. miło w końcu wrócić do jakiegoś bardziej stadnego modelu spędzania wolnego czasu. Pewnie tak to kiedyś wyglądało: ludzie zbierali się na brydża czy wista, ale rozgrywka była tylko pretekstem dla rozmaitych meandrów życia towarzyskiego (np. gry stóp pod stołem, obserwowanej przez małego Oskara w Blaszanym bębenku). Pod stołem czy nad stołem – mam nadzieję, że w 2008 roku życie towarzyskie będzie kwitło, bo kto przy nas będzie w dobrych i złych chwilach? Przecież nie Gordon Freeman z laboratorium Black Mesa.

catan.jpg

I’ll always be a friend

Święta idą, czas na krzynę uczuciowości. Patrzę sobie na te ostatnie lata moje i dochodzę do wniosku, że ciskało mną niczym kulką we flipperze. Dwanaście przeprowadzek w ciągu dziewięciu lat, naprawdę, pora się nieco ustatkować. Właśnie przytaszczyłem do domu choinkę, szykujemy z Magdą pierwszą wigilię w naszym wspólnym mieszkaniu, a ja myślę o wszystkich osobach, z którymi gdzieś tam na rozmaitych wirażach straciłem kontakt. Pewnie, w paru przypadkach bardzo się z tego cieszę, ale zdałem sobie sprawę, że przez długi czas nie miałem żadnych wieści od większości osób, z którymi te wiraże brałem, i że czasami jednak mi tych drobnych choćby wzmianek o Was brakowało. Teraz się to na szczęście powolutku zmienia, jest fejsbuk, jest nasza-klasa, jest flickr, jako-tako się te znajomości rekonstruują. I choć nadal lata i kilometry między nami, to jednak codziennie sprawdzam, co się u Was dzieje, i kto wie, może się spotkamy kiedyś jeszcze oko w oko. Wszystkiego dobrego.

2006–2007 na zdjęciach

Zdjęcia poniżej jakoś podsumowują dwa ostatnie lata – przeklejam je tutaj z facebooka, bo niektórzy mają nań alergię, albo nie dotrą do mojego profilu, a poza tym jakoś inaczej będzie strona wyglądać – nie samą pracą i swoimi fascynacjami zawodowymi w końcu człowiek żyje. Każde zdjęcie jest podpisane, więc tylko krótkie streszczenie: na początku 2006 roku mieszkałem na 10 piętrze wieżowca na Mazowieckiej w Krakowie, w dawnym pomieszczeniu gospodarczym. Miałem widok na całe miasto i zupełny spokój. Trochę się tam czułem jak w zapomnianej części szpitala Królestwo. Dwa lata później, po czterech przeprowadzkach, mieszkamy z Magdą w naszym własnym mieszkaniu w samym centrum Krakowa. W międzyczasie: gastronomiczne tournee po nieturystycznych knajpach w Pradze, przeprowadzka, ślub, podróż na wschód Turcji i pod Ararat, przeprowadzka, przeprowadzka, podróż do rodzinnego Koszalina po kilku latach, wkacje w Londynie, kot, przeprowadzka. I dużo pracy. Teraz czas trochę zwolnić.

W dawnej pralni na szczycie wieżowca. Styczeń 2006 “U niedźwiadków” - Japończyków z roku na rok więcej, ale Budvar wciąż ten sam Wiosenna wyprawa do Zoo. Marzec 2006
Nasza ulubiona z Łukaszem rozrywka. Czerwiec 2006 Lato 2006 - placyk targowy w pobliżu naszego mieszkania Z kamratami w Budapeszcie
Wchodzimy w dzielnicę handlową w Stambule. Wrzesień 2007 Ani na granicy Turcji i Armenii. Opuszczone miasto na środku pustkowia. Zniszczony kościół w Ani
Dogubayazit. W tle - Ararat Wot, stalkier! Na zewnątrz domu teściów - styczeń 2007 Tradycyjna wiosenna przeprowadzka. Kwiecień 2007
Kręgi w lasach niedaleko Koszalina. Maj 2007 Podwórko w Koszalinie - tum wzrastał. Nic się przez 20 lat nie zmieniło Pomorskie pustki w Klukach. Maj 2007
Z Tadeuszem Dąbrowskim w sopockim SPATiFie. Siedzę pod Huellem Moja wspaniała kuzynka z Lublina - Ania Panna Migotka - nowy domownik. Październik 2007