Noworoczne rezolucje

No i tak, oto rok, w którym trzydziestka stuknie, jeszcze parę lat i “w głębi ciemnego znajdę się lasu”. Czas na poważne rozstrzygnięcia.  Ktokolwiek tu zaglądał ostatnio, pewnie się zorientował, że okładek nowych już jakiś czas nie wrzucałem. Po części to kwestia wakacji: zawsze to tworzy jakąś wyrwę w życiu zawodowym. Ale po części też, co ważniejsze, wynik świadomej decyzji. No więc tak: trochę mniej będę tych okładek robił, a właściwie – zupełnie mało. Powodów jest kilka; po pierwsze: brak czasu. Każda okładka to kilka-kilkanaście odrzuconych projektów, robią się z tego astronomiczne liczby, kiedy ma się kilkanaście zleceń w tym samym momencie. Po drugie: Karakter. Masę rzeczy mam w Karakterze do zaprojektowania, i mam nadzieję, że będzie ich coraz więcej. Po trzecie, muszę trochę odpoczać od sytuacji, w której na okładkę wpływa zilion rozmaitych czynników, a względy estetyczne, jeśli w ogóle, brane są pod uwagę na końcu. Jest masa świetnych dizajnerów, którzy zwycięsko wychodzą z tego rodzaju presji, ja muszę chyba nieco odsapnąć.

Na szczęście w krakowskim Muzeum Etnograficznym mam dużo do zrobienia, pojawią się wkrótce pierwsze publikacje; poza tym trochę książek jest jeszcze w produkcji; no i na pewno parę moich ulubionych serii pociągnę, i na pewno interesującym tytułom nie odmówię.  I właściwie tego wszystkim życzę w 2009 – mniej pracy, więcej czasu.

Timber roof gone. Impresje z podróży do Indochin

I wróciliśmy z Magdą i czwórką przyjaciół bezpiecznie z ponadtrzytygodniowej podróży przez Laos, Kambodżę i Tajlandię. Oczywiście, okazało się, że trzy tygodnie to może wystarczą na jakie-takie poznanie najmniejszej mieściny w Laosie, a nie na turystyczny rajd przez trzy kraje. Siłą rzeczy nasza podróż do wnikliwych nie należała, satori nie przeżyliśmy, książek nie napiszemy, to raczej rozpoznanie bojem. I już wiemy: do Laosu wrócimy na pewno, do Angkoru tylko, jeśli umrą wszyscy turyści na świecie, zamiast do Tajlandii do Łaz będziemy jeździć, muszą tam tylko trochę raf poukładać. Ale Laos, Laos rewelacyjny, nakupowałem sobie w Luang Prabang książek o tym kraju, taszczyłem tę minibibliotekę z powrotem do Polski. Highlight wyjazdu: nasz przwodnik po Angkorze, który opowiadał zajmująco, ale wciąż używał fraz-kluczy: “story time”, “kodak moment” oraz (wskazując na szczątki budowli): “Ancient times – timber roof. Now – timber roof gone”. Timber roof gone, my tak samo – z powrotem w Polsce, i do roboty.

Na zdjęciach: Płyniemy Mekongiem; jedyny miejscowy na łodzi, z Magdą w Luang Prabang, Luang Prabang, wioska w dżungli niedaleko L.P., “Now – timber roof gone”.

img_0161-large.JPG img_0152-large.JPG p1100319.JPG img_0332-large.JPG img_0376-large.JPG p1110047-large.JPG

Kielonek w księgarniach, Ben Jelloun wychodzi z drukarni

Od ponad tygodnia można już kupić “Kielonka“, i nawet jeżeli nie ma go we wszystkich księgarniach, to w internetowych jest, na przykład tutaj. Pojawiła się pierwsza recenzja – Wojciecha Orlińskiego w “Wyborczej”, w której autor porównuje wydanie “Kielonka” do odkrycia kilkadziesiąt lat temu w Polsce literatury iberoamerykańskiej. Dosyć wysoko ustawił nam poprzeczkę, nie powiem. Ale cóż, kolejne recenzje nadciągają, we wszystkich dużych dziennikach i tygodnikach, szykują się audycje w radio i TV, zobaczymy, jak się to w czasie rozłoży. Na razie ciągle coś przy naszych książkach jest do roboty, za parę dni Magda leci do Frankfurtu, gdzie m.in kupi kolejne tytuły dla Karakteru. Nothing’s gonna stop us now! No, chyba że komornik:)

Urodziny

W urodziny (4 września) pracowałem bardzo długo, co mnie strasznie zdenerwowało, i ostatecznie byłem tak zmęczony, że świętowanie musiałem przełożyć na następny dzień. Jakoś to przełknę, ale po raz ostatni. W imieniny nawet komputera nie włączę, o. Właśnie zauważyłem, że nic nie pisałem od czerwca, o rany. Ktoś mógłby pomyśleć, że byłem na wakacjach, ale nie, nie byłem na wakacjach. Lipiec – wystawa Wajdy w krakowskim Muzeum Etnograficznym, początek września – wystawa eksponatów z Ekwadoru. W międzyczasie zilion zleceń, no i praca w Karakterze. Powyżej przedstawię co lepsze rzeczy z letniego urobku. Do dzieła!

One night in Bangkok

…and the world’s your oyster – z czego to? No, jasne, z musicalu “Szachy” panów z Abby. Nie ma już odwrotu, wczoraj wieczorem zakupiliśmy z Magdą bilety na naszą jesienno-zimową wyprawę: 15 listopada lecimy z czwórką naszych przyjaciół na trzy tygodnie do Indochin. Wygląda na to, że w Bangkoku istotnie spędzimy tylko jedną noc, bo wstępny plan przewiduje jak najszybsze dotarcie na północ Tajlandii, przekroczenie granicy z Laosem. A potem, to już jak wyjdzie: na pewno spłyniemy trochę Mekongiem i postaramy się zobaczyć te mniej uczęszczane miejsca. A ja przy okazji będę mógł sprawdzić, czy istotnie Bangkok wygląda tak jak na tym teledysku.

Karakter. No i będę wydawcą

W końcu, w końcu spełniło się moje największe marzenie: wraz Magdą oraz moją ex-szefową ze Znaku, Małgosią Szczurek, założyliśmy w trójkę wydawnictwo – Karakter. Więcej informacji na temat tego przedsięwzięcia znajduje się na stronie www.karakter.pl. Wygląda na to, że dwutorowo teraz się będzie toczyć moje życie zawodowe: z jednej strony pozostanę grafikiem i nadal będę projektować okładki, a z drugiej – śmiało wkroczę w cudowny świat kalkulacji (yay!), poszukiwania tytułów itd. Przede wszystkim jednak w końcu będę mógł się zmierzyć z sytuacją, w której o okładce i wnętrzu książki decyduję tylko i wyłącznie ja. Trochę to onieśmielające, ale cóż. Do tej pory przygotowałem logo, stronę internetową oraz promocyjną pocztówkę. Na zdjęciu: efekt końcowy oraz ujęcie z sesji zdjęciowej: wewnątrz papierowego potwora – Magda. Zdjęcie – jak zawsze Marcin Jędrysiak.

karakter2.jpg

Wystawa w Galerii STGU

Gdyby ktoś z Państwa miał wolny najbliższy wtorkowy wieczór (19 marca 2008), to zapraszam o 19:00 do Galerii STGU w Warszawie przy ulicy Foksal 11. Po pierwsze: znajdzie się tam wybór moich okładek z ostatnich lat i można je będzie sobie obejrzeć, a po drugie znajdę się tam ja i również będzie można mnie obejrzeć, a poza tym wysłuchać, ponieważ wraz z Filipem Modrzejewskim spróbujemy krótko podyskutować na okołookładkowe tematy. Postaramy się nie przynudzać, choć uprzedzam, że mogę być w nieco nostalgicznym nastroju, ponieważ dopiero co wrócę z Gdańska, gdzie zamierzam powałęsać się nieco moimi dawnymi ścieżkami. Mam nadzieję, że jeszcze istnieją. EDIT: no i wszystko wspaniale się udało, osób przyszło tyle, że straciłem rachubę, na zdjęciach pojawiam się i tu i tam, Grzegorz Laszuk zapowiada, okładki wiszą, fajny plakat Gosi Gurowskiej reklamuje, zwiedzający oglądają. Do 10 kwietnia.

plakat.jpg img_0068.jpg img_0053.jpg img_0051.jpg img_0054.jpg img_0058.jpg

Szkodliwe fejsy

No tak, wiem, że narażam się na zarzut nieograniczonego narcyzmu, ale wygląda na to, że w końcu moja twarz zagości na okładce! Tylko dlatego, że trzeba było działać szybko, i nie miałem czasu szukać kogoś o dostatecznie złowrogim wyrazie twarzy, a tak się składa, że właśnie taki mam na co dzień. Poniższe zdjęcia, autorstwa niezawodnego jak zwykle Marcina Jędrysiaka, to wynik naszej sesji zdjęciowej do przygotowywanego przez W.A.B. thrillera o bioterrorystach. Szybka wycieczka na ulicę Grzegórzecką do sklepu ze szkłem chemicznym, soczek śliwkowy firmy Hellena bodajże (i tak mu kolor potem zupełnie zmieniłem), płaszcz i przyćmione światło. Okładka wkrótce – wydawnictwo zastanawia się jeszcze, który wariant wybrać.

bioterror.jpg

Nieszkodliwe fejsy

Dobiega końca ten długi luty, roboty co niemiara – rezultaty niedługo pokażę, zresztą, kto mieszka w Krakowie, sam pewnie niebawem zauważy. W tej chwili jednak chciałbym zwrócić uwagę wszystkich na ostatni numer magazynu “2+3D”, w którym ukazał się artykuł pt. “Nieszkodliwe fejsy” autorstwa niżej podpisanego. Może to niezbyt elegancko zwracać uwagę na własne artykuły, ale z drugiej strony Robert Musil pod zmienionym nazwiskiem sam pisał recenzje swojej pierwszej książki, więc skoro on mógł, to ja też. Polskie książki mi się raczej nie podobają (chociaż oczywiście są wyjątki, i o nich również sporo piszę): staram się pokazać co mi najbardziej przeszkadza i z czego taki stan rzeczy może wynikać. Gdyby rzecz ukazała się w internecie, pewnie od razu zebrałbym bęcki od gromady sfrustrowanych besserwisserów – sorry, chłopaki, not this time. A tak, to stałem się częścią salonu Sowińskiego i Mrowczyka z “2+3D”.

23d.jpg

Cieszynka w Cieszynie

Mam ja jakąś słabość do tego miasta. Po pierwsze to wrota do Republiki Czeskiej, ojczyzny Budvara, i już z tego względu zasługuje na uwagę. Po drugie, w samym Cieszynie produkowane jest Brackie, które w porównaniu z większością korporacyjnych polskich piw jest jak łyk tlenu na Marsie. Po trzecie samo miasto jest śliczne, nieprzeorane Gierkiem czy Gomułką, tu i ówdzie ładnie wyremontowane, no i po czwarte znajduje się tu coś, czego nie ma w Krakowie, mianowicie Śląski Zamek Sztuki Przedsiębiorczości. Tym razem pojechaliśmy z Magdą oraz naszymi przyjaciółmi na wystawę najlepszych polskich dyplomów ASP. Niektóre były fajne, niektóre mniej, ale przy okazji połaziliśmy po zaułkach wyludnionego miasta w niedzielną pluchę, a naszą odyseję zwieńczyliśmy obiadem w restauracji “Targowa”, która, zapewne z racji bliskości Czech, spełnia marzenie o doskonałej słowiańskiej kuchni: jest tłusto, wyśmienicie i tanio.

cieszyn.jpg