Koji Suzuki, Ring
Ring! Książka-marzenie, jeżeli chodzi o projektowanie okładki. To dopiero wyzwanie! Wiedziałem jedno: za żadną cenę nie mogę umieścić na okładce okręgu. Nie mogłem też z różnych względów zrobić okładki zbyt epatującej czymkolwiek więcej, niż tylko posmak grozy. Pewnego dnia stanęła mi przed oczami schematycznie narysowana figurka, wykrzywiona z bólu, naszkicowałem ją szybko – w prawie niezmienionej postaci widnieje na okładce. Dobór kolorów wydawał się oczywisty: czerwony, biały i czarny. Ciągle czegoś mi brakowało, po jakimś czasie uzupełniłem więc projekt srebrnym nadrukiem: to spreparowany ze skanów jakichś elektrycznych obwodów schemat, w którym symbole rozmaitej elektroniki przeplatają się z ikonami przerażonych albo złowieszczo uśmiechniętych twarzy: w końcu Ring to między innymi również opowieść o przenikaniu się światów.

Według mnie świetne.
Instalacje wydawały się nawiązaniem do wewnętrznej mechaniki stworzenia, jakim jest człowiek, zainfekowanej przez czarną plamę wirusa. Efekt robi wrażenie, wręcz wybija się krwistą czerwienią z półki. Ciekawą ma Pan pracę.